Błąkałam się po bezdrożach, kiedy wicher przysiadł mi na ramieniu i zaryczał w sposób tajfuniasty. Wszystko we mnie zawirowało, a włosy utworzyły splątaną spiralnie wieżę, po której krętych schodach mogły wdrapywać się moje myśli, by dosięgać gwiazd.
Wicher zeskoczył z ramion i dłońmi przeczesał trawę. Jego zwiewne palce nadały jej wygląd szachownicy lub terakoty w ciemne i jasne kwadraty. Tam gdzie ziemia była pofalowana, pagórzasta, kwadratom bliżej było do rąbów. Stałam na jasnym kafelku lewą nogą, a prawą na ciemnym. Źdźbła podnosiły karki, wtedy rysunek na ziemi blakł. Linie i kolory zacierały się, więc wicher powracał i czesał trawę z powrotem w pokratkowany wzór. Szachował ją.
Stojący niedaleko stary dwór zawalił się, kiedy wicher wbiegł z poświstem po jego schodach. Ostał się tylko kawałek ściany z balkonikiem o ozdobnych tralkach. Nikt jednak nie spoglądał znad balustrady, a mógłby. Byłoby uroczyściej.
Po niebie tańczyły wrony jak czarne skrawki drewna nad ogniskiem. Opadały i wznosiły się chaotycznie, targane podmuchami, rozkraczane, gniewne. Szarpały moją sukienkę, zahaczały o włośnianą piramidę, kradły myśli. Uciekały, kiedy wymachiwałam rękami. Wracały po chwili.
W krajobraz wkradła się tajemnica i zawisła ciemnymi chmurami. Mżawka obsiadła nas wszystkich jak szarańcza. Chciałam się poruszyć, ale okazało się, że to nie moja kolej, więc zastygłam. Tylko suknia okręcała się wokół moich łydek nadając mi nieco ruchu.
Dopiero potem odkryłam, że tu wrastam. Jakoś tak wtedy, gdy suknia korzaście przylgnęła do moich ud w bezruchu, a na splątanej koronie włosów przysiadły wrony.