Wakacje ze słońcem

przez | 11 listopada 2020

Tamtego roku lato było gorące. Chodniki i ulice parowały rozgrzanym asfaltem, który stawał się miękki pod stopami. Żar odbijał się od betonu budynków, bram i wejść do klatek. Słońce wpadało w okna i rozszczepiało się na miliony cząstek. Codziennie, wracając z podwórka odkrywałam kawałki słońca na sobie. We włosach jako spinka, przy spodniach zamiast guzika czy jako breloczek przy kluczach. Pięknie lśniło. Lubiłam te kawałki słońca trzymać w ręku. Podziwiałam ich błysk, cieszyłam się ukrytym w dłoni ciepłem. Niestety, po kilku godzinach przebywania w cieniu, ozdoby nikły, aż w końcu ulatniały się zupełnie. Jakby ich nigdy nie było.

Przesiadywałam na betonowych bryłach z ziemią do posadzenia kwiatów. Być może ktoś coś w nich zasadził, ale albo nie wyrosło, albo uschło w obliczu żaru tego lata. Wszystko było wysuszone. Trawniki pożółkły z wypalenia, a ziemia przypominała pył. Nieliczne drzewa, głównie dzikie śliwki, pozostałość po dawnych sadach i polach, które ktoś kiedyś rozjechał gąsienicami koparek, by postawić mój blok i inne mu podobne, sucho szeleściły na wietrze. Być może opowiadały senne historie o czasach, kiedy rozbrzmiewały owadami, a w ich cieniu ochłodę znajdowały krowy. A może majaczyły z gorąca.

Podwórko było puste. Jakby i dzieci wyparowały z upału i poleciały hen, gdzieś na kolonie, do babć na wsi albo z rodzicami nad jezioro. Nikt się nie ganiał, nie przekrzykiwał, nie kłócił. Dźwięk odbijanej przeze mnie piłki niósł się po podwórku, odbijał od ścian i zeskakiwał po schodach. Grałam w króla i codziennie wygrywałam, bo nie miałam z kim przegrać.

Czasem wsiadałam na rower i jeździłam po osiedlu. Wyobrażałam sobie, że dosiadam rumaka o pięknej maści i pędzę po prerii ku słońcu. I o ile wiedziałam, że rower to nie rumak, a osiedlu daleko do prerii, o tyle łudziłam się, że uda mi się kiedyś dotknąć słońca. Szczególnie kiedy zachodzi. Wydawało się takie bliskie. Zapraszające. Wyciągało ku mnie czerwone lub różowe ramiona i nawoływało światłem. Naciskałam na pedały mocniej i pędziłam ku niemu. Z czerwoną smugą na policzkach i czole. Z pocałunkiem gorąca.

Nocami leżałam na łóżku w ciemnym pokoju przykryta prześcieradłem. Wpatrywałam się w rzędy książek na regale i niebo za otwartym na oścież oknem. Słyszałam świerszcze, bo jeszcze wtedy nie odeszły tak bardzo daleko. Miasto dopiero zaczęło wgryzać się w te rejony zębami budynków. Którejś nocy do naszego mieszkania przedostały się myszy. Przez rury, albo jakąś dziurę. Uznaliśmy je za intruzów, ale tak naprawdę, to my wdarliśmy się na ich teren.

Lubiłam chodzić do sąsiadów podlewać kwiaty. Zostawałam tam dłużej. Chodziłam po pokojach i przyglądałam się ich wnętrzu. Bibelotom i książkom na półkach. Fotelom i poduszkom. Rzuconym niedbale zabawkom. Wychodziłam na balkon i patrzyłam na moje podwórko z innej niż zazwyczaj perspektywy. Nabierało przestrzenności, bo byłam wyżej niż zwykle. Potem wracałam do domu jakbym wracała z wielkiej wyprawy. Z innego, nie mojego życia, które przez chwilę zwiedzałam.

Tamtego roku podwórko należało do mnie. Miałam dla siebie wewnętrzne przejścia w bramach, cień i chłód klatek schodowych, podwórkową górkę i ławkę piaskownicy. Żółty trzepak codziennie mnie oczekiwał, spragniony towarzystwa i fikołków.

W zabawie najczęściej towarzyszyło mi słońce. Bawiłam się, że bawi się ze mną. Wyobrażałam sobie, że skacze na skakance i rzuca nożem wydzielając własne kontynenty z kolistego kształtu ziemi. Dawałam mu fory, bo widziałam, że mu zależy.

W końcu wakacje się skończyły. Moje podwórko znów zapełniło się dziećmi i ich głosami. Wieczorami nadal cykały świerszcze, ale przymykałam okno, bo noce stawały się chłodniejsze. Sąsiedzi odebrali klucze i znów nadawali życie swojemu mieszkaniu. Ożywały zabawki, książki i bibeloty. Balkon nadal uprzestrzenniał podwórko, ale nikt tego nie zauważał, bo nie miał porównania.

Słońce wisiało niżej i wyglądało jak żółta wiśnia. Każdego wieczoru dojrzewało i rozmywało się w czerwieni i purpurze, by za chwilę zniknąć. Oglądałam te wieczorne spektakle z okien mojego pokoju. Wpatrywałam się w rozlane po niebie odcienie pomarańczy, różu i czerwieni i miałam ochotę zanurzyć w nich palec jak w kleistej farbie. Pachniały terpentyną i maciejką posadzoną na balkonie sąsiada. Błysk zachodów odbijał się od okiennej szyby i wpadał mi do oka.

Wieczorem zasypiałam z gwiazdami i świerszczami za oknem. Dziurę, którą przedostały się do nas myszy zapchano, więc już nigdy nie wpadły do nas z wizytą. Kiedy zamykałam oczy czułam pod powieką pocałunki słońca. Paliły czerwienią i nie pozwalały zasnąć. Przewracałam się na łóżku, chłodziłam oczy okładami. W końcu ból zelżał. Wtedy właśnie odkryłam, że świat widzę inaczej. Przez odprysk słońca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *