
Nie jestem mistrzem świętowania. Zrozumiałam to niedawno, a teraz się dziwię, że wcześniej tego nie wiedziałam. Może nie tyle zrozumiałam, co usłyszałam. Wysłuchałam siebie. I zaakceptowałam.
Przez wiele lat zagłuszałam swoje wewnętrzne głosy. Chciałam być inna niż jestem. Nakazywałam ciału i sercu czuć inaczej, niż czuły.
Teraz staram się ich słuchać, zamiast im nakazywać. Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam się tego nauczyć.
Czasem trudne ścieżki prowadzą do miejsc pełnych pięknych widoków, a własne słabości i upadki pomagają odnaleźć wolność i harmonię.
Każdego dnia poznaję się na nowo. Niektóre rzeczy już wiem, ale niektóre wciąż odkrywam. Z niektórymi mi po drodze, inne bywają trudne. A jednak z każdym kolejnym rokiem staję się dla siebie kimś bliższym, niż byłam rok temu.
Czasem strasznie błądzę.
A czasem tak bardzo się odnajduję.
Jedno i drugie jest całkiem w porzo. Z jednym i drugim bywa mi różnie. I to też jest dobre.
Ostatnio GPS wywiózł nas w pole, dzięki czemu nie dostaliśmy mandatu. Cytryna z pestki wyrosła, choć nie wierzyłam, że wyrośnie. Moje dzieci przez godzinę bawiły się razem, bez urywania głów, a nawet trochę się przy tym śmiały. Uwielbiam ten dziecięcy śmiech.
Drobne zdarzenia, całe życie.
Nowy rok, kolejny dzień.
Znów styczeń. Inny, a przecież taki sam.