Są takie sprawy, mniejsze i większe, do których wracam myślą. Pojawiają się i znikają, czasem mnie całkiem zaskakują, a czasem czekam na nie, bo wiem, że się pojawią. Przychodzą o różnych porach, w różnych miejscach i z różną intensywnością. Niosą w sobie wiele wspomnień, skojarzeń, obrazów i choć zazwyczaj myśląc o nich, odczuwam nieco smutku, to jest on pokryty nalotem nostalgii i tęsknoty. Choćby za tymi, których nie ma, a którzy kiedyś wypełnili sobą jakiś fragment mojego życia. Potem odeszli w inną stronę lub umarli. A jednak wracam do nich myślami, w jakichś niespodziewanych i spodziewanych momentach, przywołuję twarze, rozmowy i wspólne chwile. Myślę o tych, których kochałam i o tych, którzy mnie kochali. O tych, którzy byli blisko, na wyciągnięcie dłoni, a teraz nawet nie wiem, czy istnieją. O tych, którzy towarzyszyli mi w jakimś etapie życia, a potem zmienili ścieżkę i poszli w inną stronę. O tych, których już nie ma. Poza wspomnieniami.
To nie tak, że te myśli wypełniają mi codzienną przestrzeń. Większość mnie jest tu i teraz, z tymi, którzy obok. One się raczej snują gdzieś poza mną, w tle. Tylko czasem pukają do drzwi głowy, by przez chwilę ją zająć. Czasem przez kilka sekund. A czasem dwie minuty. Potem otwieram okno i ulatują wysoko i daleko, gdzieś w okolice chmur. Albo sosen. Przysiadają i majtają nogami. Albo unoszą się w powietrzu jak mydlane bańki. W końcu tracę je z oczu, bo zajmuję się tym, co codzienne. Lecz one zawsze wracają.
Być może to one mają swój codzienny świat z mopem, dziećmi i ogrodem. Mają swoje sprawy i rzeczy do ogarnięcia. Być może czasem piszą lub mówią przy kawie przyjaciółce, że w różnych chwilach je nawiedzam. Jak powracająca myśl. Z odrobiną tęsknoty.