Zasypiam. Trochę jakby mnie już nie było. Mam czarne, niczym nie świecące w ciemności ciało. Rozlewam się na łóżku jak plama atramentu. Kleks ciała w czarnej pościeli mroku.
Gdzieś w oddali pies wyszczekuje stek przekleństw. W noc wbija się warkot motoru. Na łebkach gwiazd wieszam kolejno obrazki dnia. Widoczki na codzienność. Pejzaże własnych myśli. Portrety uczuć. Karykatury zdarzeń.
Wsłuchuję się w oddechy, szumy i szmery. Odległe odgłosy imprezy. Posapywanie autobusu. Wypuszcza z siebie pssssyt i od razu schodzi z niego napięcie. Widzę jak kołysze biodrami na boki. Kolebie się na zakręcie.
Ulatuję po trochu w niebo. Znikam po kawałku. Pasmo po paśmie, jak dym z wilgotnej gałęzi. Snuję się zanim zniknę.
Odpływam całkowicie po wyłączeniu oczu. Pstryk i już. Noc przychodzi i odbiera mnie sobie. Na własny użytek. Na zapomnienie świata.
Nigdy nie wracam taka sama. Rano budzę się inna. Może trochę starsza. A może bardziej zgubiona. Biorę wędrowny kostur i wchodzę w siebie. A potem zaczynam życie.
Codziennie po raz kolejny. Każdego dnia na nowo. Jakbym co wieczór umierała. Na zapalenie ciemności.