Wychodzenie na zewnątrz

przez | 2 lutego 2021

Czasami wystarczy ubrać kurtkę i wyjść. Złapać krok chodnika, podeprzeć się latarnią jak wędrownym kijem. Iść przez miasto w sztucznym świetle tych wszystkich żarówek zawieszonych w przestrzeni budynków i ulic. Ludzi wokół niewielu. Większość przemyka chyłkiem, jakby gonił ich mróz i coś jeszcze, o czym nie wspomina się w towarzyskich rozmowach. W ciemności błyskają białka oczu, jedyne fragmenty człowieka widoczne na zamaskowanej twarzy. Wszystko ukryte bardziej i głębiej, jak mroczny sekret. A to tylko codzienność.

W tej codzienności rozgrywają się rożne historie. Z daleka świat wygląda zazwyczaj na gładki i uklepany. Trzeba trochę pokopać. Zajrzeć do oświetlonych mieszkań, w których upływa czas minuta po minucie. Zobaczyć. Męża przyjaciółki znów pijącego alkohol. Depresję partnera innej przyjaciółki. Powolne rozstawanie się zaprzyjaźnionej pary. Problemy z synem u innej. Śmierć w najbliższej rodzinie i pustkę, którą zostawiła. Brak słów. Milczenie okryte maską. Widmo samotności.

Wszystko to problemy, z którymi się żyje. Lepiej i gorzej, jakoś. Powszednieją z czasem, ich kontury blakną i przestają rzucać się w oczy. Czasem wychylają głowę w nielicznych rozmowach utrudnionych pandemią w jej każdym wymiarze. Od zimy po zamknięte kawiarnie i galerie. Od wczoraj porozmawiać o dylematach życia można w muzeum lub pomiędzy sklepami w centrach handlowych. Zaraz po zakupie botków, ale przed stanikiem. Rodzice dzieci mają łatwiej, mogą pozwierzać się sobie szczękając zębami na górce saneczkowej. Porozmawiać półgębkiem o utracie pracy. Albo odwrotnie, o kurczowym trzymaniu się pracy, choć jest w niej tak źle. Jednak bez byłoby jeszcze trudniej.

Do tego, na dokładkę, bliskość śmierci. Wyliczanie i dane. Zachorowalność. Liczba zgonów. Liczba łóżek. Nagle odkrywam, że coraz więcej bliskich i dalszych zetknęło się z chorobą. Ktoś umarł, ktoś przeżył, jeszcze kto inny ledwo zauważył, że jest chory. Trudno więc nie łapać się czasem na niepokoju o najbliższych. Tych starszych w szczególności. Mimo braku spotkań i tęsknoty dzieci za dziadkami. Mimo tęsknoty za normalnością. A jednak ten strach siedzi sobie wygodnie w mojej podświadomości, bo kiedy oglądam jakiś film czy serial, co jakiś czas łapię się na wrażeniu, że coś jest nie tak. Dopiero po chwili rozumiem, oni nie mają maseczek! Mam ochotę im przypomnieć, tłumaczyć, ale właśnie wtedy zdaję sobie sprawę, że to historia z tych wcześniejszych lat. Sprzed pandemii. Wtedy znienacka im zazdroszczę. A w zasadzie sobie, tej wcześniejszej. I w końcu nie wiem, o co w tej oglądanej historii chodzi.

Czasem zastanawiam się, czy filmy o obecnych czasach będą całe omaseczkowane. Wszystkie te sytuacje w sklepie, kolejce po odbiór żarcia na wynos czy w autobusie. I nie chodzi mi o film o pandemii, bo to wiadomo, że maseczka stanie się w nim jednym z głównych atrybutów. Myślę raczej o, dajmy na to, komedii romantycznej. I od razu w głowie rodzi mi się pytanie: jak wyglądają obecnie niewirtualne randki? Czy nowopoznani ludzie chwytają się za ręce? A jeśli tak, to czy ten moment iskry skaczącej pomiędzy dłońmi okraszony jest niepokojem myśli typu: a jeśli…?

Łatwo mi czasem zapomnieć i nie ma w tym nic złego. Siedzę bezpiecznie w mydlanej bańce własnego domu i oddaję się codziennym sprawom. W momentach trudniejszych, kiedy bardzo chciałabym na chwilę wyjść na zewnątrz, a z jakiegoś powodu nie mogę, myślę o tych, którzy też nie bardzo mogą, może z innych powodów, ale przez to skazani są na strach czy ból. Bo przecież są tacy ludzie. Są takie dzieci. Dla których wyjście do szkoły jest ucieczką. Albo do sklepu.

Może dramatyzuję? Może wydaje mi się, że ludzie mają tak źle. Wyobrażam sobie. Choć ja właściwie nie umiem sobie tego wyobrazić. Mam generalnie dość bezpieczne życie. Są jednak tacy, którzy spotykają się z jakąś formą przemocy na codzień, pełną niechęci, nienawiści, do samego siebie, do całego świata. Do najbliższego otoczenia.

Patrzę na te moje dzieci wtulone we mnie i myślę o tym, że gdzieś, w jakichś ścianach ukryta jest rozpacz takiego malucha. Ściska mi się serce, kiedy o tym myślę. Nie chcę o tym myśleć. Tak jednak mało się o tym mówi. To rzeczywiście trudny temat do rozmowy, jakiś niewygodny. Może ja naprawdę dramatyzuję? No i jak o tym rozmawiać, gdzie? Pomiędzy sklepem z czapkami a księgarnią? W tej kolejce po żarcie na wynos?

Dziś piszę o tym tutaj. Zawsze to jakiś początek. Przypomnienie. Szczególnie teraz, kiedy tak łatwo wszystko pozamykać w czterech ścianach. Kiedy ofiary i oprawcy spędzają ze sobą naprawdę wiele czasu, jeśli nie non stop. Kiedy alkoholikom łatwiej pić, bo przez kamerę trudno wyczuć, ile ktoś wczoraj wypił i czy już walnął klina. Kiedy siniaków nikt nie zauważy, bo szkoły i miejsca pracy zamknięte. Wystarczy nie bić po twarzy.

Dziś po powrocie męża z pracy, wyszłam na samotny spacer do pasmanterii. Potrzebowałam filcu, ale jeszcze bardziej potrzebowałam chwili samotności i ciszy, po dniu z synkiem. Szłam ciemnym miastem i myślałam o tych, którzy kryją się w oświetlonych oknach. Siadają do kolacji, oglądają film, bawią się z dziećmi. Są jednak i takie okna, tak samo oświetlone, za którymi kryje się rozpacz i ból. Są okna, za którymi są łzy i samotność. Odizolowanie totalne od świata. Zamknięcie w strachu, w 40 metrach kwadratowych, w mieście pełnym ludzi. Mam wrażenie, że mało o tym mówimy. Że w ogóle mało ze sobą rozmawiamy. Że naprawdę wiele osób, niewygodne tematy upycha gdzieś w sobie, a twarz otrzepuje z płaczu. By na zewnątrz wyjść w niejednej masce. I ruszyć w jeszcze większą samotność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *