Czasami zapętlam się we własne myśli. Szyję sobie jakiś temat, nitka za igłą, równiutko i przed siebie, a tu nagle trach, nie da się. Zaplątane. Supeł zamotany, myśli ucapione w pół drogi do wzoru. Ukończenia całości. Zazwyczaj najpierw poszarpuję za nitkę delikatnie licząc na to, że supeł z rodzaju tych samorozplątujących. Takich, które to płynnie po pociągnięciu zjeżdżają po pętelce i prostują nitkę jak gdyby nigdy nic. Takie supły, to niestety rzadkość. Raczej spotykam na swych ścieżkach myślowych takie, które przy delikatnym poszarpywaniu zaciskają się mocniej, zmniejszając przy tym swe kształty na takie mini-tyci i potem to już ledwo paznokieć chwyta. Albo i nie. Próbuję kilkakrotnie złapać, ale mi się wymyka. W końcu czochram palcami, pocieram, mierzwię. Wyłażą mi jakieś pojedyncze nitunie, ale supeł nie draśnięty, zaciśnięty jeszcze mocniej, tylko taki trochę rozczochrany. Zaczynam się irytować. Już widzę, że to, czego próbowałam od początku uniknąć czeka mnie nieuchronnie. Podejmuję ostatnią próbę, szarpię mocniej sprawdzając, czy ta myślowa zapora nie zmniejszyła się do takich rozmiarów, że przejdzie przez materiał i polecimy ze wzorem dalej, jak gdyby nigdy nic. Czasem się ta sztuczka udaje. Wracam na obrane tory myślowe i poza lekkim zgrzytem wypowiedzi trudno zauważyć, że się zasupłałam. Zazwyczaj jednak węzeł nie jest w stanie przejść przez materiał i muszę użyć nożyczek. Uciąć myśli w połowie wzoru, zawiązać i zakończyć. A potem podjąć od nowego wątku. Jeszcze nie obarczonego zakręceniem i motaniem. Choć to kwestia czasu. Ale póki nić świeża, pełna prostoty i pewności korzystam i snuję. Wzory nakładają się na siebie, przechodzą kolorem. Tworzą historie, krajobrazy, dźwięki. Podbiegają w trudnych momentach, przystają, kiedy chcą popatrzeć. W końcu, prędzej lub później, znów się zapętlają. Bym zrobiła sobie przerwę. Na odplątanie. I zatrzymanie nad tym, czy warto. Albo pytaniem o sens. Zatrzymanie nie boli. Ale prucie zostawia na długo ślady. I poczucie straconego czasu. I jakiś jeszcze regres myślowy, w którym to, co myślałam przegrywa z tym, co mówię. Więc decyduję się iść do przodu. Jak odkrywcy świata. Albo dzieci, które niezrażone biegną gdzieś po raz setny. I tylko mama je zatrzymuje. Ten ludzki supeł. Wielkości i sile nie ustępujący Niagarze. Lub tsunami. Ta pierwotna siła, która niesie w sobie zatrzymanie, zatroskanie i obejrzenie. Jeśli nie przez lupę, to pod mikroskopem. A czasem nawet gołym okiem.